Zwykle rezygnujemy z pomysłów, zanim damy im szansę.
Odrzucamy rozwiązania, które wykraczają poza to, co znamy.
Bo są zbyt odważne.
Zbyt kolorowe.
Zbyt niepraktyczne.
Wybieramy to, co sprawdzone.
Ale co by było, gdyby choć na chwilę odłożyć wszystkie „nie wypada”, „to się nie sprawdzi” i „może lepiej nie”?
A gdyby tak zjeść dziesięć drożdżówek z ulubionej piekarni i ani przez chwilę nie pomyśleć o kaloriach?
Jakby wejść do ukochanej perfumerii z wózkiem z hipermarketu i usłyszeć:
„Bierz wszystko, co się w nim zmieści.”
Jakby poczuć wiatr we włosach na pokładzie jachtu, który do tej pory oglądało się tylko w filmach?
Albo wsiąść do kabrioletu.
Tego, którego nigdy nie kupiliśmy, bo jest niepraktyczny. Ma mały bagażnik. Przez pół roku stoi w garażu.
A jednak…
Kiedy na światłach obok zatrzymuje się ktoś z opuszczonym dachem, choć na chwilę jesteśmy już gdzieś indziej. W małym włoskim miasteczku, z filiżanką wybornego espresso. Bez pośpiechu.
To nie zazdrość.
To przypomnienie, że gdzieś po drodze nauczyliśmy się zamieniać marzenia na argumenty.
To mieszkanie powstało właśnie z przekory wobec tego myślenia.
Nie po to, żeby udowodnić, że każdy powinien mieszkać wśród wyrazistych kolorów i mocnych kontrastów.
Po to, żeby pokazać, że funkcjonalność i efekt „wow” wcale się nie wykluczają.
Bo funkcjonalność nie musi oznaczać nudy.
A elegancja nie musi być zachowawcza.
Ta przestrzeń nadal spełnia wszystkie swoje zadania. Jest wygodna. Przemyślana. Ergonomiczna.
Ale robi coś jeszcze.
Zapada w pamięć.
Bo są wnętrza, które po prostu się ogląda.
I są takie, do których wraca się myślami jeszcze długo po wyjściu.
Jeśli masz ochotę na odrobinę kontrolowanego szaleństwa, stwórzmy razem przestrzeń, której nie da się pomylić z żadną inną.
Galeria (kliknij, aby powiększyć)




















Dodaj komentarz